Wyobraź sobie oddział internistyczny na który codziennie trafiają ludzie starsi, potrzebujący pomocy lekarskiej. Wielu z nich nie wytrzymałoby dotychczasowego leczenia w domu. Poziom ich zdrowia skłonił rodzinę do wezwania pomocy ambulansu. Do szpitala trafia pacjent ze swoją historią i bagażem.

 

BARIERY

 

Dla opiekunów nowy pacjent to codzienna rutyna. Trzeba wysłuchać co do powiedzenia mają bardziej kompetentne od nas pielęgniarki i ruszyć do pracy. W pierwszej kolejności trzeba będzie poznać lepiej pacjenta, jego historię z pierwszej ręki, być może nie przy tak rzadkiej okazji natrafić na rodzinę. Czy uwierzysz ile w tym teatru na żywo?

 

Bywa, że już przywitanie się stanowi problem. Życzliwa postawa opiekunów medycznych zostaje potraktowana wielkim lękiem. Później powiem dlaczego. Teraz trzeba wykonać obowiązki takie jak czynności higieniczne, pielęgnacyjne, karmienie. Nie obejdzie się bez perswazji i lekkiego przymusu. Obrót na bok ciała na szpitalnym łóżku to nieraz wielki krzyk i strach. Bardziej doświadczeni opiekunowie wiedzą dlaczego. Tak samo pielęgniarki. Ta pozycja, ten ruch kojarzy się z krzywdą. Zaczynając od obrotu na bok zmieniamy pampersa.

 

Jeżeli przekraczamy granicę godności człowieka podczas opieki, używając przykrych słów i epitetów, to uczymy go żyć w zakłopotaniu a z czasem w strachu. Gdy do wykonania mamy określoną czynność, np. higieniczną lub karmienia, to szczególnie wchodzimy w interkację z podopiecznym. Może być ona wykonana z wyczuciem lub stanowić źródło okazywanej frustracji, czasem fizycznie.

 

Staż jaki mają opiekunowie rodzinni jest proporcjonalny do postawy jaką okazują. Wielu z nich się poddało. Część w dużym stopniu się do tego nie nadawała. A emocje u nich wzięły górę i przeszły nierzadko w czyny. Czy zatrudnienie osoby zawodowo się tym zajmującej zapobiegło by sytuacjom ważącym w bezpieczeństwo człowieka?

 

PACJENT WOLI SZPITAL

 

Na oddziale uwaga jaką się poświęca pacjentowi jest dla niego jak balsam. Nawet jeżeli zespół opiekuńczy nakreśli rundę wokół wszystkich łóżek do następnego "spotkania", ponownie poświęcony czas to i tak więcej niż w domu na co dzień. Mówię tak, dlatego, że liczy się jakość kontaktu i uszanowanie godności. Posiadając już obeznanie wiemy, że dopiero z czasem poznaje się człowieka w czasie hospitalizacji. Grunt jaki mają na codzień osoby starsze, to drugie, trzecie dno, tego co widać na pierwszy rzut niewprawionego oka. Nie ma schematów, są prawdopodobieństwa. I początkowo rzeczywiście jest tak, że ta "miłość i troska" jest tym, co osoby starsze chciały by mieć na stałe i dlatego się uśmiechają. Nie mamy nawet okazji zweryfikować, czy pacjent jest rzeczywiście złośliwy, niedobry. Sam wyczuwa moment w którym mogło by to wyjść na jaw z jego nerwów. A my coś tam sobie moglibyśmy potwierdzić. Pacjent boi się, że i my uznamy go za "złego". I wtedy doświadczamy przyklejenia emocjonalnego, wylewności, odgrywanych może już od dawna ról. Byle by pominąć fazę agresji i upodlenia doświadczanych ze strony opiekunów z własnych czterech ścian. Tamtych opiekunów, którzy "wiedzą lepiej" jak streścić czyjeś życie w trudnym położeniu. Nas jednak obowiązuje dystans nad tym co "nienaturalne". Mamy 40-60 pacjentów, wiemy, że za cenę kupienia emocjonalnego pakietu, będziemy mieli trudności. Mamy pomóc, musimy być trzeźwi.

 

Kiedyś pewna Pani popłakała się przy wszystkich, mówiąc, że "myślała, że tu w szpitalu biją". W wieku osiemdziesięciu kilku lat przeszła swoją pierwszą hospitalizację. Byliśmy jej hostami. Czy to znaczy, że zdaliśmy egazamin? Bo ze zdziwieniem przyjęliśmy nie fakt tego, że ktoś w domu doświadcza przemocy, tylko, że ukryte emocje były tak głębokie i silne, że poruszyło nas to totalnie. Pani zresztą uprawiała sztuki walki. Przynajmniej tak zinterpretowaliśmy opaskę jaką nosiła na czole. To ją trochę rozbawiło. W praktyce była łagodna jak baranek.

 

"W CO ONI GRAJĄ"?

 

Po ośmiu latach pracy umiem rozpoznać, kto na pierwszej wizycie gra swoją dobrą odsłonę. Całkiem inaczej prezentuje się opiekun rodzinny, który jest przejęty. Wygląda przede wszystkim na zmęczonego przy poruszaniu pewnych tematów, częściej milczy. Osoby które kamuflują swoje mniej odpowiednie podejście dokładnie wiedzą, które tematy będą drażliwe. Wiedzą jak i my, tyle tylko, że nam to o nich coś mówi. Nawet jak nam pomogą, to tak jakby nakładali do stołu. Ma być czysto. I cicho. I miło.

 

Złość najbliższych nie pozwala im kłamać emocjonalnie. Są związani opieką a źli na całokształt przymusowego obowiązku. Dlatego doświadczane emocje będą się powtarzać bez uwolnienia a przechodzić w czyny i słowa. Często na skutek domowych traum z dzieciństwa czy z czasów ważnych dla nich wyborów życiowych, być może skrytykowanych.

 

Cokolwiek siedzi w człowieku, nasili się. Dystans będzie jeszcze większy, ręka udarzająca w potylicę będzie namiętsza. Furia urośnie. Cicha premedytacja zabije.

 

DLACZEGO LĘK...

 

Kontynuując wątek, wróćmy do lęku jaki odczuwa osoba chora na samą myśl, że ma się ktoś nią zająć. A tu przecież dwie pary rąk gotowe do pracy, obce otoczenie, afery wokół rego co się dzieje, itp.

 

Tacy pacjenci wiedzą, że to co deklarowane, może różnić się od tego co egzekwowane. Rodziny podając rękę chorym bliskim często kłamią im w twarz. Są labilne, jeszcze gryzą się z uczuciami i myślami. Być może w ich oczach tak wygląda opieka - jest skazana na wypalenie. W szpitalu jest przejrzystość, nadzór nad prawidłowym przebiegiem, gdyż tu są od tego konkretne osoby na stanowiskach. Widać kto potrzebuje tej uwagi, która wpisana jest w nasz zawód – kto pragnie tej opiekuńczości. Część osób hospitalizowanych tylko nas obserwuje. Z ich oczu pada pytanie - "czy ty mnie widzisz? Cierpię". To takie minimum jakie muszą wykonać by opanować uczucia. Niestety, zabraknie nam czasu by ich przekonać, że to co od nas otrzymują przez te kilka dni, tygodni, to powinna być i zakładam, że w wielu instytucjach jest – NORMA.

 

To gdzie boli, kiedy boli i od kogo boli, utrwala się w pamięci i zachowaniu. Lęk będzie drogą ucieczki, niepewnością tego, komu jemy z ręki. Będzie wyuczoną formą przetrwania. Bo lęk zbliża się i oddala. Czy odejdzie?