Opiekowałam się mamą przez ostatnie 6 lat. Był to okres ciężki i wymagający. Stopniowo pogarszał się jej stan zdrowia a mi coraz trudniej przychodziło pomyśleć nawet o tym co dziecku do przedszkola spakować. Któregoś dnia wyszłam do piwnicy po ziemniaki. Gdy wróciłam z zapełnionym wiadrem na drugie piętro i stanęłam w drzwiach, moim oczom ukazał się widok grozy. Mama leżała w kuchni na podłodze, widziałam strużki krwi na podłodze wokół jej głowy, okulary były stłuczone. Piorun, szybko do niej. Co robić? Nerwowo wybrałam numer na pogotowie i od razu opowiedziałam co się u nas stało. Wykonałam instrukcje dyspozytora: sprawdziłam czy mama nic nie ma w ustach, oddech, puls i ułożyłam ją na boku tak jak mi kazano. 10 minut później u drzwi byli już ratownicy i lekarz. Na szczęście udało się mamę doprowadzić do przytomności. Zabrano ją do dalszej diagnostyki. Tego dnia nie obrałam już ziemniaków.

 

Jak córka z matką

 

Pamiętam dzień ślubu, był to wymarzony przeze mnie dzień. Wszystko było jak z bajki. Piękna uroczystość w kościele, sala weselna w zajeździe nad jeziorem, wspaniali goście i bardzo ważne dla mnie osoby. Zawsze miałam dobre relacje z rodzicami. Pamiętam jak zawsze mnie wspierali, szczególnie w zdobywaniu wykształcenia. Była to działka mojego ojca, który chciał bym wyrosła na ludzi. Każdą złotówkę z dodatkowej nadgodziny przeznaczał na podręczniki lub korepetycje. Mama nas wychowywała i zajmowała się domem. Pamiętam trochę, że mieszkała z nami w kamienicy jeszcze babcia, ale byłam mała. Niedługo przed maturą zmarł mój ojciec a starsza siostra kilka miesięcy wcześniej wyjechała na studia do innego miasta. Zostaliśmy z mamą i dwojgiem najstarszych braci.

 

Tata pracował jako spawacz w dobrze prosperującej kopalni. Jak mówiła mama, myślał o tym, że może jego zabraknąć gdy będziemy jeszcze na garnku rodziców. Zabrał go nowotwór płuc, żegnaliśmy się tygodniami w hospicjum. Na ostatnią chwilę nikt nie dojechał, serce się zatrzymało nad wczesnym ranem. Mama starała się trzymać emocje na wodzy przez następne kilkanaście miesięcy. Potem stan jej zdrowia się pogarszał, ponownie odezwała się astma, serce pracowało nieregularnie, nie mogła pokonać dłuższego dystansu. Miałam dwadzieścia jeden lat.

 

Starsi bracia pracowali w zakładach, jeden w chemicznym, drugi w mechanicznym przy kopalni. Suma-suma-rum w pewnym momencie to ja mieszkałam z mamą. Znałam się z moim obecnym mężem od prawie trzech lat i gdy się zaręczyliśmy, okazało się, że jestem w ciąży.

 

Nowe plany, nowe problemy

 

opiekowac sie rodzicem i wlasnymi dziecmi

 

Podjęliśmy decyzję, że weźmiemy ślub i zamieszkamy razem w domu z moją mamą. Chciałam wszystkiemu podołać, oddać mamie miłość i zapewnić opiekę na jaką zasłużyła. Ja byłam najmłodsza z całej czwórki. Mama była blisko sześćdziesiątki. Mówiła mi przy łóżeczku, że jestem małym aniołkiem i że jestem ważna. Tata chciał, by bracia coś osiągnęli, ale chyba za bardzo na nich wpływał, gdyż często się stawiali. Matka zawsze łagodziła sytuację. Siostra natomiast była chyba najbardziej niezależna. Miała charakter. Po śmierci ojca, bracia poczuli, że albo się usamodzielnią w pełni, ale tak już zostaną. Poszli na swoje i zaczęli rozmawiać o założeniu firmy. Zapisali się na kurs angielskiego. Chcieli wyjechać i uzbierać fundusze. Dotacje unijne to nie wszystko, trzeba mieć własne rezerwy na płynność finansową. Przynajmniej na początku.

 

Zosia była chrzczona na naszym ślubie. Weekend miodowy z butelką i pieluchą, potem powrót do szarego bruku. Mój mąż prowadził na spółkę z ojcem sklep ogrodniczy. Był to właściwie niewielki market, tak więc z maminą rentą po ojcu, mogłam i ja być dobrą córką, matką, żoną, gospodynią.

 

Moja mama babcią była po raz pierwszy. Częściej jednak niż z grzechotką, to przebywała z róźańcem i siedząc w fotelu, który kazała ustawić sobie na wprost okna. Miała cały pokój dla siebie. Pod ścianą łóżko. Telewizora nie chciała już używać, więc wzięliśmy go do naszego, noworodzinnego, mniejszego pokoju. Zosia mogła oglądać bajki, choć to raczej dla mojego poczucia normalności, gdyż cisza w pokoju mamy była grobowa. Coraz częściej z jej pokoju wracały do kuchni pełne talerze. Odnosiłam je ja. Dobrze, że chociaż leki przyjmowała, tyle, że traciła z wagi.

 

Przełom

 

Nie był nim jeszcze upadek. Moja córeczka miała dwa latka, jak stałam się nią. Opiekunką. Dwa tygodnie przed urodzinkami małej, mama się zatrzymała. Wstałam wczesnym rankiem do łazienki. Noce przy malutkiej były różne, nie różniły się zbytnio od typowych doświadczeń koleżanek. Tyle, że każda poszła za zewem młodości. Jedynaczki, córeczki tatusia, kumpele, prymuski. A ja? Zajrzałam do mamy. Widziałam stopy, ręce, siedziała w fotelu. Weszłam. Zamroziło mnie. Wzrok mamy nieobecny, oddech jak nakręcony korbą, dziwne świsty, mokre czoło. Pobiegłam po męża. Pogotowie. Szpital.

 

Robert wziął wolne i został z Zosią. Ten dzień dla mnie to notatki z medycyny. Stan mamy stabilny, ale wyniki nie najlepsze. Mówią, że trzeba będzie pilnować dzień i noc, chyba, że... Grałam twardą. Dostałam ulotkę. Depresja? Czyli ta bierność mamy, to przez problemy i poczucie utraty? Jest i recepta, leki wykupić, podawać, kontrolować wizyty u lekarza. Co więcej?

 

Tyle tego, że ja dziękuję...

 

opieka psychiatryczna dla czlonkow rodzin osob chorych

 

Pierwsze dni latałam z pełnymi naczyniami, brudami, ubraniami, lekami i posiłkami, termometrem i szmatą. Tyle, że bez zegarka. Nieraz mnie budził mąż, innym razem kładłam się, gdy on wychodził i tak czas już naciągając. Zosia jako tako, też ma swoje rytmy. Połowa mnie spała, połowa gotowała.

 

A mama? Placek na łóżku pod sufitem. Ospała, spowolniona, bez słowa. Na wszystko mówiła 'tak', a ja talerze do lodówki z nieruszonym posiłkiem. Z czasem było tak, że dedykowałam jej jeden talerz rano. Zjadałam go sama wieczorem. Parę złotych w budżecie. Jakaś bułeczka z masłem, jakaś herbatka do połowy. Dobrze, że leki przyjmowała, mimo iż było widać, że to ją zawiesza w chmurze. Nic nie boli, nic nie dolega, nic nie trzeba. Wszystko dobrze. Z załatwianiem to do łazienki. Ale tak niepewnie, po meblach rękoma. Kupiliśmy laskę i krzesełko pod prysznic. Raz na tydzień pozwoliła się wykąpać.

 

Zaczęłam się męczyć samym wstawaniem. Dziecko ze smoczkiem w buzi patrzyło na mnie jakbym była na wystawie sklepowej, za szybą. Trudno się nie przecenić. Bóle brzucha, nieregularna miesiączka, głowa do niczego. Do tego finanse ustawicznie w dół. Dziś ogródki to dla ludzi luksus, czasami jakaś większa inwestycja witała do marketu mojej rodziny, bo jakieś 'zielone osiedle' na obrzeżach budowano. Kolory na szaro.

 

Mało tego, słabe ego

 

Robert czuł, że coś utracił. Chciał być przy moim boku, a ja w założeniu miałam być dla wszystkich, którzy mi pozostali. Właściwie moje plany, to nadzieje, że w telenoweli, któraś z takich młodych jak ja w końcu znajdzie swój azyl u boku miłości życia i w bezpiecznym schronieniu.

 

Niektóre noce były dość spokojne, tyle, że świadome. Nie obudzić małej i zastanawiać się czy mama tam jest sama, czy może odlatuje już poza ten świat. Od momentu szpitalnej barykady, pod którą zostaliśmy, nie słyszałam by mama płakała. Taki równy pas startowy, wszystko jedno w tej depresji. Tyle, że skrzydła podcięte. Ja aniołek, mały zuch, z tatusiem w sercu.

 

Chyba odjechałam wtedy w sentymenty. Ogarniał mnie smutek tak głęboki, że zrobienie czegokolwiek to była godzina zastanawiania się czy coś we mnie jeszcze żyje. Rozeznanie, co we mnie umarło już. Szansa? Na co? Zwykła, przeciętna rodzina. Ale też co mi po tym mieszkaniu na matki polskiej jutro. Rodzeństwo to jakieś dziwne telefony, sprawdzające, pytające, zapewniające. Każdemu trudno było. Pełne zawieszenie sensu życia.

 

Ziemniaki i krzyżówka

 

Do zrobienia co dzień obiad, trzeba schodzić do piwnicy. Konkretny dzień, kartka z kalendarza. Felerny wtorek. Powrót na piętro to początek tego, co przez kolejne trzy lata będzie moim posługiwaniem, troską i zmartwieniem, sił próbą, sprawdzianem życia i załamaniem świata w połowie drogi.

 

Mama miała trasę od trzech lat tą samą. Z łóżka o ile w ogóle, to na fotel, no i łazienka. Zawsze jak najciszej, lekko jakoś, wolno nie wiem jak. Ale tamtego dnia postanowiła iść do kuchni. Nic wiele się w nie odmieniło odkąd zajrzała. Znała ją kiedyś lepiej niż ja, teraz po prostu zapomniała chyba już, choć nie pytałam, bo po co. Wszystko na mojej głowie. Mleko, gotowałam mleko dla małej na kaszkę. Tak oceniłam swoje zdolności, że zaczęło kipieć na gazówce. Trudno mi w to uwierzyć a najlepiej nie chciałabym mieć okazji, ale mama wykazała się. Troską, uchem, nosem i wolą. Wolną wolą, ostatni raz widzianą przez anioła stróża na drodze do pokrętła. Co tam było? Tłuszcz na podłodze? Brud z całego tygodnia? Jakieś chlapnięcie z Zosi talerza gdy byłam odwrócona do blatu?

 

Czemu tak? Siedziałam w nerwach na taborecie, chłonęłam ciemny kosmos. Zosia mówiła coś do siebie w pokoiku. Nawet nie wiedziała co się stało i co teraz będzie. Czy ma spokojne dzieciństwo? Bo na pewno ciche. Robert już się dowiedział, ale nie mógł przyjechać od razu. Mieli wysyłkę sporej ilości towaru. Lepszy pieniądz, tylko co z mamą?

 

Na stole w kuchni Panoramiczna Roberta, 100 krzyżówek, otwarta z ołówkiem na przedziałku. Moje oczy na rozmytych źrenicach, ale od razu na magnes. Widzę całą podpowiedź do hasła, hasła sobie szukam: "nauka o powinnościach". Tylko, że hasło mi nie przyjdzie na myśl, już do końca drogi z mamą.

 

opiekunom trudno o merytoryczne wsparcie

 

Domowy szpital

 

Jak udało mi się mamą opiekować przez następne trzy lata aż do jej śmierci we śnie? Skracając noce, buntem wzgląd na rodzeństwo, kryzysem w małżeństwie, problemami rozwojowymi dziecka, załamaniem finansowym. I przez myśl mi nie przeszło, by mamę oddać. Tzn. przeszło, ale mówiłam sobie, że tego nie było w mojej głowie, bo gardziłam sobą za takie obrazy życzeń. A właśnie takie mi się barwić chciały. Marzeń koniec, koniec z końcem i w końcu psychiatra. Bym siły miała nie zwariować. Jak to wyglądało? Usiadłam i płakałam?

 

To były tępe stany. Rano miska z wodą, ręczniki, czysta piżama, kremy, coraz bardziej paskudne pampersy dla dorosłych. Od razu do kuchni – papki, zupki, koktajle, jakieś odżywki i kruszenie leków. Depresja przyczyną złamania biodra? Uwierzył by ktoś? Teraz łóżko ortopedyczne. Widzę to jak na żywo, choć już po wszystkim.

 

Tyle, że wypalenie ma mnie na własność. Ja się mogę przez proch bielić. Gładzić się nie dam, rozprowadzać po ceglanym murze. Codziennie budowałam lepszy świat dla kogoś. Dla kogoś co dzień gorszego. Ale nie dla mnie, tylko w sobie. Co zyskałam za kompetencje? Móc nie być utrapieniem z własnej woli? By nie bolało tych, którzy pochłonęli obraz poświęcenia i pójdą za nim na czyjąś niedołężność, starość, chorobę?

 

Dlaczego odnalazłam spokój na nowo

 

Mogę być szczera, wiem, że nie każdy będzie chciał poświęcić niebo nad sobą tylko na to, by ktoś mógł, czy musiał, powoli odchodzić, choćby i przetrwać się starał. Obowiązek spełniłam. Chcę być z siebie dumna, jestem córką, bo rodziców mam ciągle w sercu. Czy matką będę dobrą? Tyle straciłam szans równoległego do posługi macierzyństwa. Mąż nie jest tym samym człowiekiem, którego znałam. Bynajmniej to nie upływ czasu. To upływ mnie, taki przyspieszony. Jeżeli tu poczekam na moich bliskich, to ich stracę.

 

Znalazłam pomoc dla siebie. Ty szukasz? Jestem opiekunem rodzinnym, już bez zajęcia. Stres odbiłam na papierze. To list do mojej mamy. Jest w szufladzie. Może za mnie go ktoś kiedyś wyśle. Tymczasem.

 

"Największą władzą człowieka nie jest zmuszenie kogoś do czegoś, lecz pełne pokoju wskazanie mu na pewne rzeczy, choćby w nim samym." – Alfa R.

 

* * * Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe